Ale nie. Prawda jest inna; to wszystko dzięki Kornelii. Jest bardzo mało wymagającym dzieckiem, czerpiącym radość chyba ze wszystkiego. Spotkałam się nawet z określeniem takich dzieci - "na zachętę", co by się zgadzało, bo nie ukrywam, razem z mężem marzymy o trójce, ale nie wykluczamy większej ilości ;)
Takie dzieci, w odróżnieniu od maleństw o specjalnych potrzebach (high need baby) bardzo rzadko płaczą, bawią się same przez długi czas, witają rodziców uśmiechami po przebudzeniu, pięknie śpią lub z radością leżą w wózkach na spacerach.
Z drugiej strony - gdy Kornelka zasypia sobie sama w łóżeczku, jest mi zwyczajnie smutno, bo ja z tych matek, co uwielbiają nosić, bujać w ramionach i śpiewać do snu. A tu dziecko po prostu sobie samo zasypia...
Ale, jak to mama z krwi i kości dręczą mnie w związku z tym wątpliwości: czy moja córka jest dostatecznie stymulowana i szczęśliwa bawiąc się sama kolejną godzinę na macie? Może powinnam przerwać jej, pobawić się z nią (czasami tak robię). Czy moje dziecko jest do mnie dostatecznie przywiązane, gdy ktokolwiek ją trzyma, ona jest tak samo szczęśliwa jak w moich ramionach? Zdarzyło się nawet, że radośnie szukała mleczka na rękach mojej przyjaciółki.
Cóż, może powinnam się cieszyć, bo kiedyś przyjdzie lęk separacyjny i urzeczywistnią się opowieści i mamach na kibelku z publicznością ;)
A może to dzięki przebiegowi ciąży (pomijając przeprowadzkę) - brak stresów, leniuchowanie od 10 tygodnia a poród piękny, szybki, sprawny, pierwsze chwile w ramionach taty i na moim brzuchu... Nie wiem, ale moja córcia bardzo osładza mi życie :)


